Do Wenezueli jest daleko. LOTem do Frankfurtu prawie dwie godziny, trzy na lotnisku i jedenaście długich godzin w samolocie do Caracas. Żeby jednak dostać się na Grand Roque główną wyspę archipelagu Los Roques trzeba jeszcze dorzucić 45 minutowy lot małym kilkunastoosobowym samolotem śmigłowym, który w naszym przypadku był opóźniony o trzy godziny z powodu … niedziałającej sprzączki do pasa bezpieczeństwa w fotelu pilota. Lot zaplanowany był na 6 rano a my mieliśmy już od rana być na rybach. Wiecie co to znaczy czekać całą zimę i jeszcze trzy godziny. Dopiero o 10 zameldowaliśmy się w posada (tak nazywają się niewielkie pensjonaty, których jest na wyspie ponad sześćdziesiąt) ”Natura Viva” Jedno ze zdjęć w galerii przedstawia widok z korytarza naszego hotelu. To było niesamowite odległość do raju 10 metrów. Wędki, linki, buty do brodzenia rozpakowały się same i to w expresowym tempie. Prz plaży czekali już nasi lokali przewodnicy i to w towarzystwie kapitanów łodzi. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że łodzią wędkarską steruje kapitan a przewodnik zajmuje się tylko obsługą gościa – układ wręcz idealny – dzięki temu nie marnuje się czasu i sił na nudny marsz powrotni po kilometrowym flacie. Ekipa mojej łódki to Jeremy i Vladimir ( lokalny guide z wieloletnim doświadczeniem )
Spędziliśmy 5 rewelacyjnych dni łowiąc po kalikanciście pięknych i dużych bonfish’ów i kilka baby tarponów. Wszystkim bardzo podobał się specyficzny klimat tego uroczego miejsca z nieustającym skrzekiem mew i pluskiem nurkujących pelikanów.

Leave a Reply